26.12.13

453.

Nie sądziłam, że moje nowe włosy mogą stać się tak kontrowersyjne. Ja je polubiłam, mimo, że początkowo miałam sporo obiekcji. W tej chwili już nawet nie przeszkadza mi fakt, że rozjaśniane końcówki są tak naprawdę końcówkami tylko z nazwy (bo w sumie im więcej czasu upłynie tym bardziej ten blond będzie już tylko na końcówkach:p).
Ale nie o tym miał być ten post. Dziś chciałam Wam pokazać nic nowego: to znaczy szary mundurek, który się do mnie ostatnio przyczepił. Płaszcz i buty. Mix Buki z Muminków i Kota w Butach:D Polubiłam te dwie rzeczy i nie będę ukrywać, że śmigam tak niemal co dzień, zmieniając tylko szare ciuchy pod spodem:p W tym zestawieniu nowością jest cekinowy sweter, który próbuję ucodzienniać jak tylko się da. Wełniany płaszcz i jego zgrzebna faktura cudownie sprowadza cekiny na ziemię, a jednocześnie ma srocza natura jest usatysfakcjonowana dostateczną ilością błysku i blasku (też tak macie, że lubicie jak się świeci??:)
Źródło pochodzenia: buty - Clementine, sweter z cekinami - C&A, płaszcz - Oak Yarn

Na koniec chciałabym podziękować Wam za to, że tu jesteście, piszecie, reagujecie. Ten rok był dla mojego blogowania trudny, ale coś czuję, że przyszłość rysuje się w lepszych barwach! Będzie mi miło nadal Was tu gościć:)

22.12.13

452.

Wiem, że półśrodki nie zawsze się sprawdzają, ale tym razem chyba nie wyszło źle. Jako klasycznej brunetce kołatał mi się po głowie od zawsze blond. O ile z rudym nie miałam wątpliwości o tyle blond na całej głowie to coś czego nie umiem sobie do tej pory wyobrazić. No ale nie byłabym sobą gdyby jednak nie spróbowała choć trochę:) Jak się okazuje można mieć trochę blond włosy, a uzmysłowiłam to sobie gdy patrzyłam na wszechobecne ombre. No i cóż, że wszędzie? Gdyby się nie sprawdziło zawsze mogłabym po prostu obciąć końcówki więc spróbowałam.
O rany, ale się dziwnie czułam na początku:)
Źródło pochodzenia: sukienka - prezent od TB Sport, zawieszka na ścianę - sh

16.12.13

451.

Mój nowy image na zimową porę to duży, obfity  płaszcz wełniano-moherowy oraz tradycyjnie uszata czapka. Mam tak zamiar przetrwać największe mrozy i nie straszne mi porównania do dużego miśka. Przy okazji światło blogowe ujrzały rozjaśnione końcówki, które są mocno niefotogeniczne i często przesadzają ze swoją żółcią na zdjęciach (a w rzeczywistości są bardziej blond). Być może kiedyś ujawnią się w całej krasie a tymczasem .....Proszę Państwa oto miś, miś był bardzo niegrzeczny dziś!:p

26.11.13

450.

Kanapa z palet....być może jest bardzo popularna, modna i hipsterska, ale szczerze mówiąc - nie obchodzi mnie to. Uwielbiam niskie siedziska w stylu arabskim, pełne miękkich poduch, zapraszających do długotrwałych nasiadówek przy dobrym winie. Fakt, że mieszkam na poddaszu dodatkowo był argumentem za - niska kanapa pod skos pasuje idealnie!

Początkowo sądziłam też że będzie to bardzo tania kanapa, ale prawda jest taka, że jeżeli planuje się na niej od czasu do czasu położyć gości to warto zadbać o dobry materac - a to już niestety kosztuje. Udało mi się znaleźć kompromis - tzw. futony: materace ładne,  wygodne i niedrogie w porównaniu do porządnych materacy do spania. Długo szukałam informacji na ich temat jednak z jakiegoś powodu nie są one bardzo popularne... w końcu jednak opinia jednej z czytelniczek mojego bloga (Małgosiu, pozdrawiam!) przekonała mnie do tego co i tak już mi się bardzo podobało:) Trochę ryzykowałam kupując coś czego nie sposób dotknąć i zobaczyć na żywo, ale nie żałuję! Trafiłam przez przypadek na tak fantastyczny sklep (jakość obsługi+jakość towaru),że mogę Wam go tu z czystym sercem polecić (i to nie jest reklama) jako dobre źródło materacy na palety albo do codziennego spania.

Źródło pochodzenia: palety - skup palet, futony - słodkichsnow.com, pasiaste poduszki - poduszki hamakowa (whamaku.pl)

29.10.13

449.

Cudze chwalicie, swego nie znacie. Banał, prawda? Kiedyś znajomy ze Szwajcarii zapytał mnie jacy są wschodni sąsiedzi Polski...sądził, że skoro urodziłam się na wschodzie Polski, to kraje ościenne znam przynajmniej nieźle. Zdziwił się mocno gdy powiedziałam mu, że nigdy nie byłam ani na Ukrainie, ani na Litwie, ani na Białorusi ani tym bardziej w obwodzie kaliningradzkim. Dla niego było normalne że podróże zagraniczne zaczyna się od najbliższych sąsiadów - dla mnie (a raczej dla moich rodziców) oczywiste było to, że jeśli już pojawiała się możliwość wyjazdu za granicę, to tylko na zachód, nigdy wschód. No cóż....pora zawalczyć z przyzwyczajeniami i odwrócić się o 180 stopni.


Jakiś czas temu wpadłam na genialnego posta Styledigger i popukałam się w czoło! Jak to możliwe aby żyć niemal 20 lat obok i nie znać Biebrzy? To znaczy znać, znałam, nawet raz tam byłam na krótkiej, jednodniowej wycieczce, ale jakoś niewiele wtedy zapamiętałam....nigdy nie wróciłam, nigdy bardziej się nie zainteresowałam. Tak więc dzięki Bogu za 'durne' blogi szafiarskie o szmatkach i pierdołach - jeden z najwartościowszych blogów wywodzących się z szafy:) zainspirował mnie do zorganizowania Wyprawy w Poszukiwaniu Łosia.  Zainspirował, ba! można nawet powiedzieć, że sprowokował do skopiowania bo mam nawet identyczne zdjęcie na Długiej Luce na bagnie Ławki. Inne blogerki kopiują stylizacje, ja kopiuję sytuacje:)


Wyprawa była rodzinna, ze względu na kleszcze i podmokłe tereny niestety bez psa. Były bagna, mgła, lekka mżawka, kanapki, herbata z termosu i co najważniejsze wypatrywanie łosi - jak dla 2 letniego dziecka i 30 letniej kobiety moc atrakcji. Do tej pory uśmiecham się na samo wspomnienie Leny brodzącej w kaloszach po błocie i wołającej "Łosiu chodź! łosiu chodź!" (niestety nadaremno, łosia nie spotkaliśmy, ale to tylko kolejny powód aby tam wrócić).

 

Tereny Biebrzańskiego Parku Narodowego o tej porze roku są niesamowite: lekka mgła tylko dodawała bagnom uroku, deszcz nie przeszkadzał, ale dopełniał klimatu posępności i osamotnienia. Pusto, cicho...nie pamiętam już kiedy byłam tak sama, jak wtedy gdy weszłam na 400metrową kładkę wgłąb bagna. 

Warto przeżyć. 

 

22.10.13

448.

Powtarzalność jest nudna, rutyna zabija. Oczywista oczywistość? Nie do końca. Wpadłam ostatnio na serię zdjęć Nicholasa Nixona 'The Brown Sisters'.... coś niesamowitego. Ten amerykański fotograf robił zdjęcia swojej żonie i jej trzem siostrom przez ponad 30 lat. Rok w rok dziewczyny, a później kobiety stawały w tej samej kolejności a on robił im proste, czarno-białe zdjęcie. Jedno zdjęcie nie robi wrażenia, dwa też, ale już 36 zdjęć oglądanych jedno po drugim jest...ogromnie wzruszające.
Rok 1975
Rok 2012
Polecam Wam obejrzeć wszystkie te zdjęcia, można je znaleźć m.in tu, były wystawiane w wielu muzeach a także znalazły się w książce "Nicholas Nixon: The Brown Sisters' wydanej w 2002 przez The Museum of Modern Art, New York (kolejna edycja w 2008, z dodanymi kolejnymi zdjęciami, które powstały w międzyczasie).
    Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo dopiero gdy wpadłam na "The Brown Sisters" uświadomiłam sobie, że nie jest to dla mnie zupełnie obca idea. Zupełnie nieświadomie, tylko i wyłącznie z chęci utrwalenia przemijających momentów mam kilka takich serii zdjęć.
      
      Po pierwsze ja i mój facet - jesteśmy razem już bardzo długo, od gówniarzerii, ale po ślubie dopiero 7lat. Ponieważ impreza weselna była organizowana przez gówniarzy:), bez pompy i nieco po partyzancku to wszystkie atrakcje typu kamerzysta, zdjęcia, sesje zdjęciowe również potraktowaliśmy z przymrużeniem oka. Kamerzystą był mój brat, kamerę dostał amatorską i kręcił co chciał i kiedy chciał. Niekiedy kamera przechodziła w cudze ręce i w ten oto sposób mamy prawdziwy offowy dokument z wesela (kręcony z ręki, z drżącym obrazem i nieostrymi ujęciami) rozpoczynający się już kultowymi w naszej rodzinie słowami mojej 7-letniej wówczas siostry: "Zapraszamy na film - o czym? - o różach". Sesja poślubna? Wypad do skansenu w Nowogrodzie rano, kolejnego dnia po ślubie. Skacowani, zmęczeni, niewyspani:) Zdjęcia robił kolega koleżanki - jedyny profesjonalny element w tej całej szopce. Minęło 5 lat, trochę się zmieniliśmy, a ja nagle wpadłam na pomysł aby powtórzyć sesję ślubną. Nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć skąd ten pomysł - może z sentymentu? może chciałam zrobić to porządniej, bez poweselnego zmęczenia? Nie pamiętam. Ponieważ pozbyłam się już sukni ślubnej (która już mi się zdążyła do tego czasu odpodobać) to postanowiliśmy, że stałe będą: MIEJSCE (skansen w Nowogrodzie), MY, TOCZEK i KRAWATKA. Zdjęcia robiła koleżanka:)

Rok 2005                                                                                              Rok 2010

Kolejną sesję planujemy 10 lat po ślubie, czyli...za 2lata:) Będzie ciut ciaśniej, bo będzie także Lena, ale to tylko doda uroku zdjęciom. Liczę na to, że i fotograf będzie ten sam, hmmm Żwirek?
    
       Kolejny projekt, który pojawił się w moim życiu zupełnie przypadkowo związany jest z okresem ciąży. Obserwując własne ciało nie mogłam wyjść z podziwu, że z dnia na dzień robię się tak inna. Było to uczucie przerażające i fascynujące jednocześnie - wszystko przez to, że mam dość stabilny metabolizm. Zazwyczaj nie tyję i nie chudnę, jestem stale patykiem. Nagle obserwowałam wymykanie się ciała z dotychczasowych reguł - wpadłam na pomysł, aby do udokumentować. W ten sposób rozpoczęliśmy cykanie bardzo intymnych zdjęć, co miesiąc, w sypialni, czarno-biały akt. Pozwólcie, że zostawię je dla siebie:) Mogę tylko dodać, że siedziałam na nich bokiem (więc brzuch był doskonale widoczny), zawsze w tym samym miejscu, a na ostatnim zdjęciu trzymam już na rękach Lenkę:) Wspaniała pamiątka.
Później okazało się, że nie tylko ja wpadłam na taki pomysł (mały off topic: kiedyś posmarowałam bułkę pesto i wrzuciłam do piekarnika z różnymi dodatkami typu pomidory, czosnek, ser - byłam bardzo dumna, że wymyśliłam coś tak fajnego - do czasu gdy odkryłam, że to już istnieje i nazywa się bruschetta:p). W sieci można znaleźć przykłady wielu podobnych akcji, dużo bardziej zaawansowanych niż moja (na przykład ten lub ten).

       Żeby tego wszystkiego był mało, zaraz po urodzeniu Leny pomyślałam sobie, że warto byłoby jej zrobić zdjęcie w łóżeczku - bo ona była w nim taka malutka!!. Było to dokładnie w miesiąc po jej narodzinach. Niewiele myśląc - jak tylko pomysł wpadł mi do głowy - włożyłam Lenę do łóżeczka i zrobiłam jej zdjęcie. Dopiero gdy Lena skończyła 2 miesiące pomyślałam, że w sumie fajnie byłoby cykać jej takie fotki co miesiąc. Chcąc nie chcąc musiałam wykorzystać pajaca, w którym zrobiłam pierwsze zdjęcie i cieszę się teraz, że trafiło na takiego bez stópek i kiepskiej jakości (H&M rządzi:p) bo dzięki temu Lenę udaje się w niego wciskać od 2 lat! Przez pierwszy rok zdjęcia robiłam co miesiąc, później zrobiłam na 1,5 roku i 2 lata. Złośliwi twierdzą, że będę ją tak katować do 18-ki, ale nie wiem czy poczciwy tygrys tyle wytrzyma:D Ponieważ nie lubię upubliczniać tu zdjęć Leny bez jej wiedzy to głowę ciachnęłam, ale oczywiście w oryginale na zdjęciach jest cała sylwetka. Zawsze w tym samym pajacu, na tym samym prześcieradle, w tym samym łóżeczku, 2 dnia danego miesiąca, rano. Nuda, powtarzalność, rutyna, banalne do wykonania a jaki efekt!


       Czasami zastanawiam się czy ja jestem do końca normalna...no bo kto tak regularnie cyka zdjęcia, dokumentuje upływ czasu, konsekwentnie pilnuje stałych elementów dekoracji? Tylko taki świr jak ja:) Lubię patrzeć na klamrę spinającą moje życie, porządkującą je. Lubię w tych projektach to, że są w stanie uchwycić coś nieuchwytnego. Rodzice nigdy nie zauważają jak ich dzieci rosną, dopiero gdy te zamykają się w pokoju mówiąc 'daj mi spokój' zamiast 'mama, psitul!" dochodzi do nas, że to już nie jest te niemowlę, które tak niedawno wynosiliśmy dumnie ze szpitala. Ja patrząc na moje zdjęcia łapię ulotne chwile mego życia i cieszę się, że mogę je przytrzymać na dłużej.... Czy są jeszcze na sali takie świry jak ja?

5.10.13

447.

Ciuchy też się będą tu pojawiać - rozszerzenie tematyki bloga nie zmienia faktu, że zaczynałam od pokazywania jak się ubieram i zamierzam to kontynuować.
Na cześć nowego tła - dzisiejszy strój:)

4.10.13

446.

Idę upiec zupę. Czy zupa się już upiekła? Zupa już dochodzi w piekarniku, zaraz będzie obiad.
Gadam tak sobie od niedawna coraz częściej. Nigdy nie byłam super kucharzem, ale i też nie lebiegą. Nigdy jednak nie wpadłam na to, że zupę można upiec. A właściwie upiec przeróżne warzywa i je zmiksować. Dodać trochę wody, trochę przypraw i voilà: gotowe! Zupożerne dziecko szczęśliwe a leniwa matka zadowolona, że niskim nakładem sił zrobiła zupę.


Rozpoczęłam od testowania pomidorowej, ponieważ info o pieczeniu zup znalazłam gdzieś w sieci  akurat w sezonie pomidorowym: to był strzał w 10! Pomidory pieczone z czosnkiem i odrobiną klasycznej włoszczyzny (cebula, pietruszka, marchewka i seler) pachną bosko. Po godzinie pieczenia surowych warzyw, spryskanych wcześniej oliwą, miksuję wszystko blenderem. Do tego ciut gorącej wody, a już na talerzu kleks gęstej śmietany i łyżka zielonego pesto. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.
Ostatnio testowałam pieczenie zupy z innych warzyw: padło na cukinię, bo tylko ją miałam w domu. Tak samo jak w przypadku pomidorów, do obranej cukinii dodałam trochę włoszczyzny, czosnek (czosnek dodaję wszędzie oprócz ciasta) spryskałam oliwą i upiekłam. Z grzankami i pietruszką była niezła, ale następnego dnia, ze śmietaną, już dużo lepsza.



Tak sobie myślę, że jeśli chodzi o kolejne przepisy to ogranicza mnie chyba tylko własna wyobraźnia:) Mam zamiar ją nieco pobudzić bo bardzo podoba mi się prostota tego pomysłu i szybkość wykonania. Nie bez znaczenia jest także fakt, że to zdrowe jedzenie (i to piszę ja - osoba, dla której jeszcze kilka lat temu zupa = mrożonka wrzucona do wrzątku razem z kostką rosołową, brrrrr)! No ale moja przemiana to temat na osobnego posta:)
Wracają do tematu: zupa krem z pieczonych buraków - raz robiłam, pyszna! Dyniowa? Klasyka. Co jeszcze, co jeszcze? Jakie zupy pieczecie u siebie w domu?

30.9.13

445.

Zmiany, zmiany, zmiany. Etykietka szafiarki zaczęła mnie uwierać już  jakiś czas temu, bo stała się zbyt ciasna. Lubię to miejsce, lubię Was, czytelników, więc trudno byłoby mi to wszystko, ot tak, po tylu latach porzucić. Dlatego od dziś, oficjalnie, ogłaszam nową erę tego bloga: zgodnie z nazwą, będę tu pisać o różnych ładnych rzeczach, nie tylko ciuchach! O czym konkretnie? Wyjdzie w praniu:) Myślę o małym DIY, dekoracji wnętrz, slow food, ciekawych miejscach, macierzyństwie, knajpach. Rozpoczynam od....
DYNI
Mieszkam w zagłębiu dyniowym, Dyniowoli, krainie kapusty, dyni i (niegdyś) pomidorów. Sądziliście, że w Warszawie? W sumie tak, bo do znaczka z napisem Warszawa dobiegam w pół godziny, ale formalnie jest to podwarszawska wieś znajdująca się w gminie Lesznowola. Warto zapamiętać tą nazwę, szczególnie jeśli mieszkacie w stolicy lub okolicy.


Widoki bywają tu jesienią piękne, soczyste:) Co roku, w okresie od września do listopada, na ulicy Słonecznej w Lesznowoli (bliżej Magdalenki) miejscowi rolnicy wystawiają przed swoje domy stragany z własnoręcznie wyhodowanymi dyniami (i nie tylko, ale to dynie są gwiazdą sezonu). Plotka głosi, że pewna osoba postanowiła jako pierwsza zainwestować trochę czasu w stworzenie naprawdę pięknego straganu przy ulicy, to chwyciło i rozpleniło się po sąsiadach. Inna wersja głosi, że pewien rolnik wystawił przed dom paletę z dyniami w dniu kiedy przed jego domem biegł maraton o Puchar Wójta, sprzedaż ruszyła, pozostali podchwycili pomysł.
W sumie to nieważne kto rozpoczął, ważne jaki jest efekt. A efekt jest bombowy, szczególnie gdy mamy prawdziwą polską, złotą jesień. W którymś momencie ulica Słoneczna staje się ulicą Dyniową - przy każdym domu stoją stragany z najróżniejszymi odmianami dyni i nie są to zwykłe palety:


Już sama ilość straganów robi wrażenie, do tego można dodać pomysłowe sposoby ekspozycji, piękne dynie ozdobne, typowe dynie na Halloween (z wyciętymi otworami i świecami zapalanymi po zmierzchu) oraz pobliskie stadniny koni - wszystko razem tworzy piękne złoto-jesienne obrazy.


Po dynie pojechałam w ostatni weekend, straganów póki co jest jeszcze niewiele, ale są bardzo dobrze zaopatrzone. Pani sprzedająca zaprowadziła mnie na podwórko, pozwoliła wybrać najładniejszą dynię, doradziła, która najlepsza jest na zupę, a która na ciasto. Poleciła mi też dynię podłużną, z której można upiec frytki. Wyjechałam obładowana trzema dyniami, za które zapłaciłam w sumie 29zł, czyli przyzwoicie. Odkąd odkryłam dynię jako warzywo kulinarne (u mnie w domu dyni się nie jadło) co sezon zachwycam się jak wiele można z niej zrobić. Pisząc tego posta zajadam się niebiańskim ciastem dyniowym z Kwestii Smaku i popijam espresso. Boskie drobne przyjemności! Polecam i Wam:)
Ps. Jeżeli macie swoje ulubione sposoby na dynię będę wdzięczna za podzielenie się.

22.9.13

444

Czarny Golf. Moja podstawa jesienno-zimowej garderoby. Absolutny basic i must have.
  A dziś dodatkowo można podziwiać wariacje na temat mojej fryzury: testowe podejście do boba i moje naturalne ombre hair - pamiątka po słonecznych dniach wakacji.
 

15.9.13

443.

Oto najlepszy dowód na to, że pokazuję tu to jak chodzę na co dzień. Te same buty, ta sama kurtka, ten sam wieszak:)
Nie lubię gdy blog, na który często zaglądam przechodzi z fotorelacji strojów codziennych do prezentacji super-ekstra-alternatywnych ciuchów wysyłanych przez wszelakiej maści firmy i projektantów. Z jednej strony rozumiem, że fajnie jest dostawać fajne cuchy....ale gdy przekroczy się pewien punkt przegięcia....wolę wtedy zajrzeć do sklepu internetowego a autentyczności szukam na ulicy i innych blogach. Tylko żal wtedy, że kolejne miejsce traci urok podglądania kogoś przez dziurkę od klucza na rzecz witryny sklepowej.
Źródło pochodzenia: buty - Deichmann, kurtka - F&F, sukienka - sh
Mnie na szczęście z racji 'olbrzmiej' popularności pokusy przegięcia omijają:) Kombinuję z tego co mam - dziś szmatka zaadoptowana jako sukienka, wygrzebana w ciuchlandzie za całe 6zł.

14.9.13

442.

 Wynurzam się z niebytu, choć coraz bardziej czuję się w tej blogosferze jak w kosmosie:) Aparat w dalszym ciągu zepsuty, dziecko mi dorasta, biznes się rozkręca, pies żąda wyjścia na frisbee...same przeciwności losu.

Ale mimo wszystko nadal mnie tu ciągnie, ciuchy nadal jeszcze kupuję (co prawda sporadycznie ale jednak), co jakiś czas nadal udaje mi się ubrać tak, że stwierdzam, że jest ok:)
Nie wiem kto jeszcze tu zagląda i czym jest zainteresowany...ale ja z ciuchów powoli przerzucam się na ciut inne różne ładne rzeczy: smaczny posiłek, wiejski krajobraz, zdrowe i naturalne jedzenie, przyjemne chwile z najbliższymi, upojne wieczory, leniwe poranki, drewnianą chatę na mazurskiej wsi, wszystkie pierwsze razy z moim dzieckiem. Ciuchy jakoś przestały mnie kręcić, tym bardziej że utknęłam w miłej szufladzie gdzie pełno jest szarości, czerni, bieli i fluo.

Źródło pochodzenia: buty - Deichmann, spodnie - Promod, ramoneska - F&F, szal - Zara, torebka - Monnari, opalizujący lakier do paznokci - Claire's

A może to wszystko wina magicznej granicy, którą przekroczyłam kilkanaście dni temu? Wprawdzie poproszono mnie ostatnio o dowód gdy kupowałam wino, a i pewien nieznajomy nie mógł uwierzyć, że jestem 'już' matką i żóną.....ale lat mam 30. Powiem Wam tylko tyle: jest bosko!

30.7.13

441.

Źródło pochodzenia: bransoletki - Natalia Gold, spódnica - Zara, top - Vero Moda Outlet, naszyjnik - H&M

14.7.13

440.

Źródło pochodzenia: buty - Deichmann, legginsy - Calzedonia, bluzka - Cropp Town, narzutka - sh, bransoletki - Kari, nerka - JanSport

UWAGA

Wszystkie zdjecia zamieszczone na tej stronie chronione są prawem autorskim. Przetwarzanie i publikacja w jakiejkolwiek formie bez zgody autorki jest zabronione.
Chcesz ich użyć? Zapytaj: rozneladnerzeczy@op.pl

Follow by Email