Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty

10.2.14

457

BLW
Dziś chciałabym napisać o pewnym pomyśle, który jakieś 2 lata temu postanowiłam wprowadzić w swoje życie. Pomysł rewolucyjny, odbiegający od standardowych zaleceń lekarzy i babć. Tym bardziej odważny, że dotyczący dziecka. Chodzi o Baby led weaning. Nie wiesz o co chodzi? Jeśli dziecka jeszcze nie masz, a planujesz - to czytaj koniecznie dalej:)  Jeśli masz to też polecam pozostać - być może BLW pomoże Ci z niejadkiem? A jeśli znasz metodę lub co więcej znasz ją z doświadczenia to zapraszam do komentowania - jestem ciekawa doświadczeń innych rodziców. Ten post to tylko kilka słów wprowadzenia z mojej strony - matki obecnie 2,5 letniej Leny, karmionej piersią przez 16msc, od 7msc życia na BLW, nigdy nie karmionej w standardowy sposób (łyżeczką, papkami, słoiczkami, butelką, kaszkami).

CO TO JEST BLW?
Baby led weaning to w dosłownym tłumaczeniu samoodstawianie się dziecka od mleka (w zależności od sytuacji chodzi zarówno o karmienie piersią lub butelką). W rzeczywistości to taki sposób wprowadzania do diety dziecka pokarmów innych niż mleko aby normalne jedzenie stopniowo zastępowało mleko. Efektem ubocznym metody jest zbudowanie pozytywnych skojarzeń z jedzeniem, rozwijanie smaku dziecka i brak robienia z siebie idioty przy karmieniu dziecka:). A teraz konkret, na czym to wszystko polega? Cała rewolucyjność tej metody to założenie, że dziecka nie karmi się. Nigdy.
"RODZIC jest odpowiedzialny za to, CO, KIEDY i GDZIE dziecko je, a DZIECKO jest odpowiedzialne za to, CZY i ILE  zje"
http://online.synapsis.pl/Problemy-z-jedzeniem-u-dzieci/



Tak jak w przypadku naturalnego karmienia piersią to dziecko sygnalizuje, że jest głodne i to dziecko zjada tyle na ile ma ochotę, tak w momencie gdy pojawia się naturalne zainteresowanie jedzeniem spożywanym przez rodziców kontrolę nad jedzeniem nadal sprawuje dziecko, nie rodzic. Dziwne, co? Początkowo pomysł wydaje się nierealny. Jak malutki niemowlak może jeść sam? Przecież nie ma zębów, nie wie co chce, nie umie, nie może, zadławi się, udusi się, nie połknie, nie naje się i setki innych NIE...
Idea jest taka (w skrócie, wielkim skrócie): małe dziecko, do 1rż wcale nie potrzebuje do życia tej papki z marchewki czy zupki jarzynowej. Początkowo ta marchewka przelatuje w niestrawionej postaci przez układ pokarmowy a organizm ma z niej niewiele pożytku. Kluczowe jest mleko - tym się dziecko najada. Gdy przyjmiemy to do wiadomości to można odpuścić sobie te wszystkie głupie tabelki, które wyliczają ile mg  czy ml powinien zjeść niemowlak w takim i takim przedziel wiekowym (swoją drogą jestem ciekawa dlaczego dorośli nie mają takich głupawych pomysłów w stosunku do siebie i nie kontrolują w ten sposób swojego jedzenia serwując sobie np codziennie taką samą porcję takiej samej kaszki).


Ok, no więc z czystą głową można czekać na moment gdy dziecko: a) usiądzie b) zainteresuje się jedzeniem. Gdy spełnione są oba te warunki można zaczynać BLW. Sadzamy dziecko w foteliku i kładziemy przed nim dobre, zdrowe i smaczne jedzenie w postaci łatwych do złapania w rączkę kawałków. Najlepiej początkowo raz dziennie (z czasem zwiększając liczbę 'posiłków'), zawsze jedząc przy dziecku. I na tym kończy się rola rodzica. Następnie obserwujemy, ale nie zachęcamy, nie namawiamy, nie zmuszamy ...jednym słowem ignorujemy. Pozwalamy na totalną zabawę, syf i co tam jeszcze dziecku przyjdzie do głowy. A zapewniam że prędzej czy później każde dziecko wpadnie na to aby wsadzić kawałek jedzenia do buzi. Może nie za pierwszym posiedzeniem, ale kiedyś z pewnością to się stanie. Później powinno pójść samo...jak wsadzi do buzi - to poczuje, że jedzenie ma smak - jak poczuje smak - to będzie próbowało pogryźć (zapewniam, że da się to zrobić dziąsłami! szczególnie jeśli to np. miękkie warzywo typu ziemniak, marchewka itp) - jak zacznie połykać to poczuje pełny brzuch - a stąd już prosta droga do zakumania, że jedzeniem można się najeść (dziecko tego nie wie!) i stopniowego zmniejszania ilości wypijanego mleka.


JAKIE SĄ WADY?
Najważniejsza i najczęściej podnoszona przy okazji tej metody wada to bezpieczeństwo. Wszyscy się boją, że dziecko się zakrztusi. Ja też miałam obawy. Rozwiązanie jest jedno. Jakkolwiek to strasznie brzmi - trzeba przygotować się psychicznie, że to może się zdarzyć i nauczyć się wcześniej, co w takiej sytuacji należy zrobić. Wbrew pozorom dziecko może zakrztusić się w trakcie karmienia piersią lub gdy je kanapkę mając lat 5. Jak zachować się w przypadku krztuszenia lub dławienia powinien wiedzieć każdy rodzic, niezależnie czy karmi papkami czy stosuje BLW. W trakcie całej mojej 2-letniej historii z BLW Lena zakrztusiła się porządnie tylko raz, na samym początku, arbuzem. Spanikowałam początkowo, próbowałam wyciągać ją z fotelika, ale uratował mnie spokój męża, który zauważył, że Lena radzi sobie sama o ile jej nie przeszkadzam:) Po dramatycznym początku Lena odkrztusiła to co miała w ustach, wypluła na talerz po czym w tej samej sekundzie sięgnęła niewzruszona po kolejny kawałek. Już nigdy więcej nie napychała sobie do ust zbyt dużo jedzenia i bardzo szybko zrozumiała czym to grozi.
Wada kolejna to brak kontroli nad ilością pochlanianego jedzenia - w przypadku dzieci szczupłych rodzi to czasami zwątpienie lub frustrację. Trzeba wykazać się cierpliwością i zaufaniem do dziecka. Trudno jest bowiem olać pediatrę, który zalecał faszerowanie kaszkami i zupkami bo dziecko wypadło z siatki centylowej. Ja się odważyłam, Lenie zaufałam i okazało się, że po jakimś czasie wróciła na siatkę centylową sama - jedząc całkowicie samodzielnie to, co dostawała na talerz.


Kolejną wadą jest oddanie władzy dotąd przynależnej rodzicom w ręce malutkiego dziecka...BLW to szkoła ogromnej cierpliwości i trening pokory bo nie rzadko przyrządzone przeze mnie w trudzie pulpety lądowały wzgardzone na ziemi i trzeba było dużo samozaparcia aby nie wcisnąć Lenie do ust ani jednego kawałka. Trudno jest przejść do porządku dziennego nad tym, że dziecko np. od tygodnia żywi się właściwie wyłącznie mlekiem a jedzeniem tylko się bawi. Ale gdy uda nam się psychicznie zaakceptować, że tu rządzi dziecko to później można cieszyć się tym, że np nagle rzuca się z ogromnym apetytem na sushi albo cebulę. Doceniam małe dziecko jako człowieka, który ma własny gust oraz lepsze i gorsze dni. Ja np nie przepadam za ogórkową i zdażają mi się okresy kiedy nie mam apetytu na nic. Takie samo prawo daję mojemu dziecku.
Ostatnia wada jaka mi przychodzi do głowy to bałagan i marnotrawstwo jedzenia (początkowo) bo dużo rzeczy ląduje na podłodze. Jeśli ma się psa lub wszystkożernego kota to problem znika sam:) W przeciwnym wypadku pozostaje czysta cerata pod krzesełkiem i podnoszenie jedzenia z powrotem. BLW to także niezły trening bo 1 posiłek = mycie niemal całego dziecka, fotelika, blatu i ceraty leżącej na ziemi (oczywiście tylko na początku, z czasem dochodzimy do normalnych standardów:D)


JAKIE SĄ ZALETY?
Ok, skoro jest aż tyle wad to o co kaman? Zalet jest jednak więcej! Po pierwsze dziecko szybko uczy się że jedzenie służy do najadania się. Nie do manipulowania, nie do nagradzania czy karania. Prosta sprawa, a niestety często komplikowana przez rodziców na własne życzenie. I biegają później te babcie za dzieckiem z łyżeczką, mamusie obiecują ciasteczko "jak będziesz grzeczna", tatusiowie proszą przy obiedzie aby dziecko przełknęło trzymany od 15min w buzi kęs jedzenia.
Po drugie dziecko je samo - rodzice w tym czasie spokojnie jedzą swoje porcje. Początkowo je samo rękoma, ale szybko uczy się także obsługi widelca czy łyżki. Po jakimś czasie akceptuje korzystanie z talerza, zaczyna pić z kubka. I lepiej lub gorzej, szybciej lub wolniej ale robi to...samo:) Trzeba tylko zacisnąć zęby i pozwolić nauczyć się bo inaczej się nie da. A wtedy można bez problemu chadzać do restauracji i zamawiać tam normalne jedzenie dla dziecka (poniżej jedno z pierwszych dań w knajpie - surowa marchewka zamówiona specjalnie dla Leny w knajpie z sushi gdy miała około 8miesięcy)


Po trzecie ponieważ staramy się jeść to samo co dziecko (bo naśladownictwo to jeden z ważniejszych motorów BLW) to zaczynamy wszyscy jeść zdrowiej bo przecież nie położymy na talerzu przed dzieckiem chipsów czy płatków kukurydzianych z toną cukrowych dodatków.
Po czwarte pozwalamy dziecku wyrobić swój własny gust: dajemy mu możliwość spróbowania większości rzeczy i dajemy prawo odmowy jedzenia. W ten sposób dziecko jest bardziej otwarte na różne smaki i dziwi nas później to że ludzie się dziwią, że nasze dziecko wyjada w hurtowych ilościach oliwki, suszone pomidory czy szpinak(przykład - moje dziecko, poniżej po prawej foto jak zlizuje makaron ze szpinakiem i lazurem).


Po piąte - nie wspomagamy finansowo firm produkujących gotowe papki dla niemowląt bo i po co skoro dziecko na prawdę może jeść od początku normalne jedzenie. Grunt tylko aby zadbać o to aby te jedzenie było dobre: smaczne, nieprzetworzone, zdrowe i różnorodne.
Po szóste - uczymy kultury jedzenia, wspólnych posiłków, radosnego biesiadowania, czerpania radości z tej sytuacji gdy spotykamy się wszyscy przy stole. Dziecku karmionemu na siłę papką przed telewizorem trudniej będzie to zrozumieć.
Mogłabym tak jeszcze długo, mogłabym napisać o tym jak przerażenie babć zamienia się w dumę gdy wszyscy z niedowierzaniem patrzą na roczne dziecko jedzące samodzielnie widelcem duszoną golonkę, jak Panie w żłobku nie mogą się nadziwić że te dziecko samo je ("Proszę Pani, ona dzisiaj sama zjadła zupę!" "No i ??":D), ale nie będę więcej pisać... Bo z neofickiego zaangażowania trochę już wyrosłam:) Im jestem starszą matką tym bardziej dostrzegam, że dzieci są różne. Rodzice też. I wiadomo, że nikomu nie powtórzy się taka konfiguracja jak u mnie (czyli charakteru mojego i Leny). Pewnie znacie przykłady dzieci papkowych, które z apetytem i różnorodnością jedzenia nie mają problemów. No i dobrze. Ja jednak zachęcam do tego aby nie dać się robić w konia:) i nie obsługiwać dziecka bo ono samo może to równie dobrze zrobić. Wystarczy cierpliwość i zaufanie a dość szybko można cieszyć się efektami:)
Wszystkim zainteresowanym BLW polecam następujące źródła wiedzy:

Rapley Gill i Murkett Tracey: Bobas lubi wybór. Warszawa: mamania, 2010.
forum: http://forum.gazeta.pl/forum/f,97130,Baby_Led_Weaning.html
polska strona o BLW http://babyledweaning.pl/
świetny tekst o żywieniu dzieci: http://online.synapsis.pl/Problemy-z-jedzeniem-u-dzieci/

 

4.10.13

446.

Idę upiec zupę. Czy zupa się już upiekła? Zupa już dochodzi w piekarniku, zaraz będzie obiad.
Gadam tak sobie od niedawna coraz częściej. Nigdy nie byłam super kucharzem, ale i też nie lebiegą. Nigdy jednak nie wpadłam na to, że zupę można upiec. A właściwie upiec przeróżne warzywa i je zmiksować. Dodać trochę wody, trochę przypraw i voilà: gotowe! Zupożerne dziecko szczęśliwe a leniwa matka zadowolona, że niskim nakładem sił zrobiła zupę.


Rozpoczęłam od testowania pomidorowej, ponieważ info o pieczeniu zup znalazłam gdzieś w sieci  akurat w sezonie pomidorowym: to był strzał w 10! Pomidory pieczone z czosnkiem i odrobiną klasycznej włoszczyzny (cebula, pietruszka, marchewka i seler) pachną bosko. Po godzinie pieczenia surowych warzyw, spryskanych wcześniej oliwą, miksuję wszystko blenderem. Do tego ciut gorącej wody, a już na talerzu kleks gęstej śmietany i łyżka zielonego pesto. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.
Ostatnio testowałam pieczenie zupy z innych warzyw: padło na cukinię, bo tylko ją miałam w domu. Tak samo jak w przypadku pomidorów, do obranej cukinii dodałam trochę włoszczyzny, czosnek (czosnek dodaję wszędzie oprócz ciasta) spryskałam oliwą i upiekłam. Z grzankami i pietruszką była niezła, ale następnego dnia, ze śmietaną, już dużo lepsza.



Tak sobie myślę, że jeśli chodzi o kolejne przepisy to ogranicza mnie chyba tylko własna wyobraźnia:) Mam zamiar ją nieco pobudzić bo bardzo podoba mi się prostota tego pomysłu i szybkość wykonania. Nie bez znaczenia jest także fakt, że to zdrowe jedzenie (i to piszę ja - osoba, dla której jeszcze kilka lat temu zupa = mrożonka wrzucona do wrzątku razem z kostką rosołową, brrrrr)! No ale moja przemiana to temat na osobnego posta:)
Wracają do tematu: zupa krem z pieczonych buraków - raz robiłam, pyszna! Dyniowa? Klasyka. Co jeszcze, co jeszcze? Jakie zupy pieczecie u siebie w domu?

29.1.11

268.

Kawa- suplement
Jak uzyskać kawę taką jak na zdjęciu bez inwestowania w drogi ekspres ciśnieniowy? Oto mój mini-przewodnik.
/uprzedzam nie jestem baristą, jestem wielbicielem-amatorem! Jeśli zajrzy tu jakiś profesjonalista to z chęcią przeczytam wszelkie uwagi i komentarze.

Zacznę od sprzętu, czyli "mini ekspresu ciśnieniowego" zwanego kafeterką, kawiarką. Ja mam dwie kafeterki, jedna większa (8x espresso) gdzie kawa wypływa do górnego pojemnika, druga mniejsza (2x espresso) gdzie kawa wypływa prosto do filiżanek. Bazując na własnym doświadczeniu polecam pierwszy rodzaj: po pierwsze taką kafeterkę łatwiej dostać (supermarkety, sklepy z artykułami gospodarstwa domowego, Internet), można zrobić za jej pomocą większą ilość kawy i co najważniejsze nie ma w niej problemu zatykania (w tej drugiej czasami kawa nalewa/przelewa się jedynie do jednej filiżanki). Kafeterki kosztują na allegro od 14zł do 279zł. Podobną dobra marką jest włoskie Bialetti, ale ja mam zwykłą z supermarketu i też nie narzekam.
Kafeterki składają się z trzech części: dolnego pojemnika na wodę, lejka do którego wsypuje się kawę i górnej części gdzie wypływa gotowy napój.
Zaczynamy od zmielenia kawy ziarnistej. Mielić należy tylko tyle ile zużyjemy, a ewentualny nadmiar zmielonej kawy przechowujemy w lodówce aby nie wywietrzała zbyt szybko. Jaki rodzaj? Tu niestety nie pomogę bo sama gubię się w tych wszystkich typach - mi osobiście najlepiej smakuje Lavazza Qualita Oro (100% arabiki).
Do dolnej części kafeterki nalewamy wodę - uwaga: tylko tyle aby zaznaczony na zdjęciu otwór znajdował się powyżej powierzchni wody.

Następnie umieszczamy lejek w pojemniku, wsypujemy do niego zmieloną kawę (podobno nie należy jej zbyt mocno uklepywać, ale wiadomo: im więcej kawy tym mocniejsze espresso).
Nakładamy górną część, mocno ją dokręcamy i stawiamy na kuchence.

Ok, woda w kafeterce powoli się gotuje, kawa będzie zaraz gotowa - można zabrać się za piankę. Potrzebny będzie taki oto kubeczek zwany przeze mnie ubijaczką oraz świeże, zimne mleko (najlepiej sprawdza mi się 2%). Ubijaczkę zakupiłam w sklepie ze sprzętem gospodarstwa domowego i kosztowała ok 60zł.


Energicznym ruchem ubijamy zimne mleko, jeśli jest świeżo otwarte - nie trzeba zbyt dużo czasu aby w kubeczku pojawiło się coś na kształt piany.

O, kawa już się robi! Lubię obserwować jak z rurek powoli wypływa ciemna ciecz. Zaciągam się cudownym aromatem, który w tym momencie jest chyba najintensywniejszy.

Kawa za moment będzie gotowa, na drugim palniku  stawiam jeszcze na moment kubek z mlekiem (10-15s), pianka wtedy ładnie sztywnieje, a mleko które jest pod nią robi się cieplejsze.

Do kubka najpierw przelewam powoli mleko (częściowo płynne, później pianka), a następnie dolewam espresso - po brzegu kubka aby jak najmniej ubrudzić piankę.
Na koniec nakładam wybrany szablon na kubek i posypuję czekoladą w proszku lub kakao. Szablony kupiłam kiedyś w Ikei, a kilka innych zdobyłam przy okazji, w jakiejś promocji (były doczepione do ciastek albo kawy).


Autor zdjęć: ja i moja siostra, miejsce: dom

To wszystko, kawa gotowa!

26.1.11

267.

Jak dorosnę to zostanę baristą!
Nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło, ale uwielbiam kawę. Jeszcze kilka lat temu piłam codziennie rano kubek obrzydliwej kawy rozpuszczalnej (w dodatku bez mleka!) a dziś na samo wspomnienie tego 'czegoś' mam drgawki...fuuuj. Obecnie celebruję każdą chwilę mojego prywatnego rytuału: mielenie kawy; boski intensywny aromat świeżo zmielonych ziaren; rdzawa pianka na szatańsko smacznym espresso; mleko spienione tak, że można je przełożyć do kubka łyżką; zabawa w malowanie wzorków na mlecznej pianie czekoladą w proszku. Przedstawiam Wam moje zabawki (wszystkie oprócz 2 ekspresów ciśnieniowych i jednego przelewowego:p) :
od lewej kafeterka dla dwojga (idealna alternatywa dla drogiego ekspresu - polecam bo to niedroga zabawka,a mechanizm parzenia ten sam!), eksperymentalna kawa o aromacie ciastek - prezent, urządzenie do spieniania mleka (przetestowałam wiele: urządzenia mechaniczne, ekspresy ciśnieniowe - nic nie działa lepiej! wystarczy świeże, zimne mleko 2%, kilka energicznych ruchów, później chwila na palniku i jest perfekcyjna piana)



Pojemnik na zmieloną kawę, łyżeczka do kawy, oldschoolowy młynek moich rodziców (jego dźwięk przypomina mi czasy dzieciństwa), pojemnik na sypką czekoladę i szablony do tworzenia wzorków na kawie


I moja mini kolekcja filiżanek do espresso:




Autor zdjęć: ja, miejsce: dom
Źródło pochodzenia: dwie pierwsze to pamiątki ze Szwajcarii, trzecia - prezent, czwarta - pamiątka z Tunezji 
Ps. Zagubionym w rodzajach kawy polecam ten wpis u Babeczki! 

5.12.10

252.

The Piernik's day
Czy wiecie, że wczoraj obchodziliśmy międzynarodowy dzień piernika?
Zdjęcia nie wymagają komentarza jak było:)


Autor zdjęć: w większości przypadków Żwirek, miejsce: dom
Przepis znaleziony w Internecie: 50 dag mąki, 20 dag cukru pudru, 20 dag miodu, 12 dag masła lub margaryny, 1 jajo, 1 dag sody oczyszczanej, 2 łyżki stołowe przypraw korzennych do piernika
Mąkę wymieszać z sodą, zrobić wgłębienie na środku, wlać miód, dodać przyprawy korzenne, cukier, masło i jajo. (Miód można też wcześniej podgrzać razem cukrem i korzeniami, a potem przestudzić i połączyć z mąką). Zagnieść ciasto jak na pierogi. Wyrabiać aż będzie gładkie i jednolite w przekroju. Ciasteczka można piec różnej grubości.Ciastka piec w nagrzanym piekarniku około 10 minut. Trzeba uważać, żeby nie zrumieniły się zbyt mocno, bo mogą stać się zbyt twarde i nabrać nieco goryczki. Pierwszego dnia po upieczeniu pierniczki są bardzo twarde, doskonałe stają się po dwóch - trzech dniach, gdy nabiorą wilgoci i zmiękną. Można je długo przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku. Należy tylko pamiętać, żeby przed jedzeniem zostawić je na dwa dni odkryte w miseczce albo koszyczku, żeby mogły wchłonąć wilgoć z powietrza :) Można je lukrować i dowolnie ozdabiać. Nadają się do powieszenia na choince .

14.3.10

157.

Wczoraj wąsko, dziś szeroko
Cieszę się, że ciągle mam w swojej szafie szwedy. Nie są to wprawdzie te, które nosiła na studiach moja mama (zaginęły w czeluściach szaf, a szkoda bo były naaaaprawdę szerokie), ale te też dają radę. Jedyna wada - mokre nogawki gdy jest taka plucha jak dziś (niestety tak pechowo się składa, że zawsze robi się tak brzydko gdy mnie bierze ochota na szwedy!). Zastanawiam się jak szybko dzwony, szwedy i tego typu spodnie wyprą z ulic rurki i legginsy, które w tej chwili wydają się być nieśmiertelne. Tak przyzwyczaiłam się do rurek, że już niemal nie pamiętam jak dziwnie czułam się wychodząc na ulicę w tego typu spodniach raptem 5-6 lat temu . Dziś nakładając szwedy też czuję się dziwnie - ta ilość materiału na nogawkach jest zdumiewająca:) Wszystko to prowadzi do niezbyt odkrywczej refleksji, że kręcimy się w kółko:D


Źródło pochodzenia : spodnie - no name z czasów licealno/studenckich, golf - Camaieu, Tunezji, apaszka - po babci, broszka - starocie, torba - z Tunezji

Inną, mało odkrywczą refleksją jest to, że naleśniki można jeść z czymś innym niż z dżemem truskawkowym, a nawet można je barwić!:) Dziś, z okazji niedzieli pobawiłam się w kuchni i z czystym sumieniem mogę polecić czekoladowe naleśniki z owocami.
Składniki: ciasto na naleśniki, banany, pomarańcze, twaróg, śmietana, czekolada w proszku
Czekoladę w proszku dodajemy do ciasta, usmażone naleśniki smarujemy twarogiem i dodajemy banany. Całość polewamy śmietaną, posypujemy pomarańczami i bananami. Finito.



Ps. Przypominam o konkursie! Konkurs polega na wytypowaniu najlepszego i najsłabszego Waszym zdaniem zestawu na tym blogu. Będę czekać na dwa wybrane przez Was numery postów (z opisem, który jest najlepszy, a który najsłabszy) pod adresem rozneladnerzeczy@op.pl do czwartku 18.03 do godz 21.00. Każde zgłoszenie potwierdzę mailem zwrotnym. 19 marca opublikuję wyniki głosowania i rozlosuję wśród wszystkich maili trzy nagrody:

1. nagroda: jedna, wybrana rzecz ze strony Retro BlingBling za darmo

2. nagroda: 50% zniżki na wybraną rzecz ze strony Retro BlingBling

3. nagroda: 30% zniżki na wybraną rzecz ze strony Retro BlingBling


19.9.09

90.

Obrosłam w piórka
Tak dziś latałam po mieście. Dużym polotem się nie wykazałam, bo rurki+obszerna góra+szal na szyi to już standard, ale standardy są także po to aby je wykorzystywać! Właściwie zazwyczaj denerwuje mnie u innych połączenie szalu i krótkiego rękawka, ale dzisiaj jest tak dziwna pogoda (słońce, ale jednocześnie rześko), że okazało się, że to ma sens:)
Polecam uwadze bluzkę - gdy się ją rozłoży ma kształt półkola z małymi zaszewkami na dole, które tworzą imitację rękawów. Tak sobie myślę, że to chyba prosty krój do skopiowania dla kogoś kto nie umie szyć:)






Źródło pochodzenia: kozaki - Clementine Outlet%, jeansy - Terranova, T-shirt - sh (Pumpkin), szal - prezent od Reserved, kolczyki - Rossmann, torba - Vero Moda %

Ps. Ponieważ dziś jest weekend, to naszło mnie na gotowanie:) Tym razem coś bardzo prostego, ale efektownego. Panowie (jeśli mnie takowi czytają)
! Jeśli chcecie zapunktować u kobiety, to przygotujcie jej śniadanie, np. takie:
Kajzerkę smarujemy pesto, kładziemy plasterek paczkowanego sera żółtego i wrzucamy do piekarnika na kilka minut, żeby się wszystko delikatnie roztopiło a bułka zrobiła się chrupiąca. W tym samym czasie do gotującej wody z odrobiną octu winnego wlewamy całe jajko i czekamy aż się zetnie (tzw. jajko w koszulce). Ostrożnie wyławiamy jajko, kładziemy je na bułkę - solimy, pieprzymy.

27.8.09

80.

Sushi & Kaszi
Dziś postanowiłam poszaleć w kuchni, dlatego od razu ostrzegam: post będzie mocno nie szafiarski. Sushi - to wiadomo, bardzo trendziarska potrawa ostatnio:) Ale kaszi, to coś nowego, pomyślałam, że fajnie było by sprobować. Co to jest kaszi?
Algi+ kasza jęczmienna z odrobiną kaszy manny

a na to wszystko bardzo dowolne polskie dodatki, czyli (w moim wykonaniu) ser żółty, szynka, ogórek kiszony, papryka, musztarda...

Później wszystko zwijamy w rulonik, tak jak w przypadku sushi i ...

kroimy:

Tak wygląda kaszi w wersji ostatecznej:

A tak razem z sushi (sushi po lewej, kaszi po prawej):

Zdjęcia robione były wyjątkowo przez moją siostrę
Poszalałam sobie tak z okazji moich urodzin (buuuu, straciłam już zniżki studenckie!!!) - oprócz sushi i kaszi zrobiłam też placek ze śliwkami i kruszonką:)
A poza tradycyjnymi prezentami (piękne kolczyki od Tygrysa+kilka innych fajnych rzeczy) dostałam
- wczoraj wiadomość od promotora, że mogę ruszać z załatwianiem formalności jeśli chodzi o moją obronę pracy magisterskiej (do tej pory jakoś nie mogę w to uwierzyć).
- dziś ukazał się krótki wywiad ze mną (tu można go przeczytać) na temat zainicjowanej przeze mnie akcji Eko-torba (na portalu Femia.pl)

Ps1. Przepis na kaszi (mocno zmodyfikowany przez mnie jeśli chodzi o wkład): link do przepisu. Muszę jednak dodać, że te kaszi dziwne takie jest...jakoś nie mogę się do niego przekonać. Jednak tradycyjne sushi smakuje mi dużo bardziej.
Ps2.Przepis na placek ze śliwkami (robiłam pierwszy raz w życiu coś takiego i jestem zachwycona - jest prosty i efektowny): link do przepisu (tylko kruszonkę zrobiłam z przepisu takiego: link do kruszonki)

30.7.09

71. Turystyczna szafa

Turystyczna szafa - Łomża cz.2
Dziś kolejna część moich rekomendacji co do zwiedzania Łomży. W poprzednim poście z tego cyklu pokazywałam Wam pewne magiczne podwórko. Wyglądało magicznie również dlatego, że zdjęcia były zrobione przez profesjonalnego fotografa. Teraz dorzucam kilka zdjęć zrobionych przeze mnie. Zwracam uwagę szanownej wycieczki na piękną bramę prowadzącą do podwórka oraz buteleczkę klasycznego trunku jakim jest niewątpliwie Balsam kresowy (umieszczony w ścianie).




Przechodzimy dalej, jeśli ktoś jest spragniony po takich widokach - pocieszam, że jeszcze będzie coś dla ciała. Kolejna atrakcja to ławeczka z Hanką Bielicką - ulica Krótka tuż przy głównym rynku. Wprawdzie nie słyszałam o żadnej legendzie z nią związanej, ale załóżmy, że mówi się iż każdy, kto potrze trzy razy kapelusz Hanki, będzie znajdował w sklepach tylko takie kapelusze, w których jest mu do twarzy!



Następny punkt naszej wycieczki to Skansen Kurpiowski im. Adama Chętnika w Nowogrodzie. Znajduje się 20km od Łomży, tak więc można szybko podjechać tam samochodem, autobusem lub rowerem. To miejsce dla wielbicieli natury (piękne położenie na wzgórzu nad Narwią, plaża), kultury ludowej (piękne chatki, młyn - wszystko wyposażone, wygląda jak dosłownie opuszczone przed chwilą przez właścicieli) oraz pięknych plenerów (to miejsce mojej ślubnej sesji fotograficznej, jest tu pełno uroczych zakątków).



A gdy człek zmęczy się zbytnim łażeniem - zapraszam do karczmy kurpiowskiej (na terenie skansenu). Powiem tylko: przepyszne jedzenie, psiwo oraz widoki! Ja polecam pampuchy (coś w rodzaju pączka, ale nie umywa się do tradycyjnych pączków) oraz bezalkoholowe psiwo jałowcowe. Te przysmaki może sobie wycieczka pooglądać na zdjęciu poniżej, a na smakowanie - jazda do Nowogrodu:)



Uwaga, uwaga: 16 sierpnia na terenie skansenu odbędzie się impreza zwana Niedzielą św. Rocha. Szczegóły TUTAJ.
To by było na tyle dziś, dziękuję za uwagę:) Żądnych kolejnych wrażeń zapraszam TU!

UWAGA

Wszystkie zdjecia zamieszczone na tej stronie chronione są prawem autorskim. Przetwarzanie i publikacja w jakiejkolwiek formie bez zgody autorki jest zabronione.
Chcesz ich użyć? Zapytaj: rozneladnerzeczy@op.pl
Follow Różne ładne rzeczy
Follow Różne ładne rzeczy