8.12.14

467.

Cześć,
może wypadałoby powiedzieć kilka słów na temat bardzo długiej przerwy, ale uważam że nie ma się co rozwodzić: to tylko blog o ciuchach, a to było tylko chwilowe znużenie.
Z racji depresyjnego listopada i niemniej optymistycznego grudnia postanowiłam, że moje okrycia zewnętrzne nie będą bure...czarne, szare, budyniowe, granatowe. NIE! Tyle było postanowień, szybko dopadła mnie rzeczywistość ze swoim szaroburymi łapami. Doszłam do że większość sklepów ma mega zachowawcze kolory płaszczy i kurtek. Sporadyczne przypadki koloru to a)płaszcze jesienne b) sklepy młodzieżowe. A, przepraszam, zapomniałam! Jak ktoś chce zaszaleć to może sobie kupić ciepły płaszcz zimowy w kolorze czerwonym. łał. szał.ciał.


Pomarudziłam sobie znajomym, pomarudziłam na fejsie i zwątpiłam. Odpuściłam temat do czasu aż skojarzyłam, że są jeszcze sklepy stricte sportowe, które nie wiedzieć czemu w przeciwieństwie do tych tradycyjnych stanowią istny raj dla moich oczu jeśli chodzi o kolorystykę. Drogą kompromisu (zrezygnowałam z płaszcza, wybrałam kurtkę) padło na fluo róż. Gęba mi się śmieje na sam jego widok i nawet taki dzień jak wczoraj nie psuje humoru, bo piorę go różem po mordzie:D


Ps. Jak zauważycie lub nie, wypadłam trochę z roli i zapomniałam się pozapinać do zdjęcia. Uznajmy, że ta kieszonka jest zapięta.

6.5.14

464.

Minimalizm minimalizmem, ale jak takie spodnie wpadają mi w ręce za 25zł to z przyjemnością powracam do lat 90tych  i ubrań potraktowanych wybielaczem. Tak dzisiaj wyglądałam. Nawet nerka mi się dopasowała klimatem i coś czuję, że tego typu ciuchy zawitają w mojej szafie obok szarych i fluo bo fajne to to:)
Spodnie z Vero Moda Outlet - świeży zakup, polecam:)

20.4.14

462.

Coraz częściej łapię się na tym, że lubię komplety i sukienki bo rozwiązują one jakieś 90% kwestii całego ubioru (a mi się ostatnio coraz mniej chce kombinować). Dres, który widzicie na zdjęciach jest tym bardziej uniwersalny bo czarny. Dodatkowy smaczek to suwaki na ramionach. Dostałam go dawno temu od Tb sport i mogę ze szczerym sumieniem polecić choć chyba aktualnie nie ma go w sprzedaży (po prostu mój proces trawienia giftów jest długotrwały i zamiast robić im zdjęcia i opychać na allegro to ja ich używam:p)
A tymczasem udaję się na detoks od detoksu od cukru if you know what i mean:)

11.4.14

461.

Biebrza, leśniczówka Grzędy, Czerwone Bagno

"Wszelka ochrona dzikiej przyrody jest skazana na niepowodzenie, ponieważ aby kochać, musimy widzieć i głaskać, a kiedy wystarczająca liczba ludzi widziała i głaskała, nie pozostaje już nic do kochania"
Aldo Leopold


 Biebrzę jeszcze nie wielu głaszcze tak więc warto:) Spacer kładką po bagnie robi wrażenie! Widoki najlepiej konsumuje się w samotności. Jest naprawdę dziko. Wprawdzie łosia widzieliśmy tylko przy leśniczówce, w ośrodku rehabilitacji dla dzikich zwierząt, ale wierzę że w trakcie naszej kolejnej wyprawy uda się wypatrzyć go w naturalnym środowisku.

7.4.14

460.

Coraz częściej przemyka mi czasami przez głowę myśl, że nie powinnam czegoś zakładać bo...praca, wiek, dziecko na karku itp. Szybko mi to na szczęście mija bo i życie nie wymaga ode mnie przesadnej formalności. Jednak jest coś takiego, że formalne ciuchy podświadomie wpływają na nasze zachowanie: ja w koszuli i marynarce staję się zupełnie innym człowiekiem. Co najśmieszniejsze, czuję się wtedy jak mała dziewczynka, która przebrała się w za duże szpilki mamy i udaje dorosłą:) Wiem, wiem...irracjonalne to brzmi w ustach 30-letniej kobiety, ale tak się właśnie czuję. Jakbym udawała kogoś kim nie jestem. Wchodzę czasami w świat korporacji, biznesu, bawię się przez 2-3h w dorosłą, po czym wracam do domu, zrzucam marynarkę i oddycham pełną piersią:)


Czasami na podobnej zasadzie bawię się w seksowną kobietę, zakładam krótką sukienkę, szpilki, usta maluję czerwoną szminką po czym wieczorem wskakuję w 'swoje ciuchy' i dopiero wtedy odzyskuję pełną swobodę ruchów, wygodę. W tym momencie nie chodzi nawet o to, że pewne ciuchy są wygodne a inne nie. Bardziej kluczowa jest świadomość, że nie jestem przebrana.
Stąd zapewne sukces w mojej szafie gotowych zestawów: jest kilka takich rzeczy, które  zakładam z zamkniętymi oczami, w losowy sposób i zawsze uzyskuję satysfakcjonujący mnie efekt - czuję się w nich autentycznie, w pewnym sensie przezroczyście (dla mnie - bo nic mnie nie  'gryzie' w danym stroju, dla społeczeństwa to może być strój wielce kontrowersyjny). Druga kategoria ciuchów w szafie to właśnie te przeznaczone na 'przebieranki', wśród nich wiele kategorii:
kobieta - bizneswomen, -seksowna, - modna (tu wrzucam wszystkie nowinki kupione spontanicznie w sklepie, których świeżość przemija szybciej niż pory roku), - przeciętna (styl bazarowy, zwykłe ciuchy przeciętnej jakości), - designerska (ciuchy projektantów - super, świetne, fajne, ale jakieś takie za dziwne, żeby czuć się w nich w 100% sobą) i .... wiele, wiele innych.


Nie traktuję tej drugiej kategorii jako czegoś nieautentycznego - te wszystkie przebieranki są w końcu efektem moich wyborów. Jest to jednak coś co wydaje mi się, że powinno stanowić mniejszą część szafy - ja szacuję, że u mnie jest to około 25-30% mojej garderoby. Cała reszta to właśnie te ciuchy jak najbardziej moje - szare, w paski, neonowe:) Tak jak te na dzisiejszych zdjęciach.
A jak tam wygląda to u was?

4.4.14

459.

Cześć! Co u Was?:) Mi czas niezauważenie  przecieka przez palce i skłonna jestem przyznać, że im jestem starsza tym mniej mam właśnie czasu. Na cokolwiek...w głowie masa pomysłów: zawodowych, na bloga, na poprawki w domu, na czas z dzieckiem, na urlop, na porządki w szafie, w życiu, na kuchenne rewolucje. Realizacji doczekuje się jakieś 30% z nich. Mało, ale z drugiej strony cieszę się, że się dzieje bo gorsza od takiego zakręcenia jest chyba tylko stagnacja i nuda.
Mam ostatnio sporo pracy zawodowej, szczerze mówiąc to nawet nie sporo, a ogrom. Dlatego takie chwile jak ten niedzielny wypad nad Wisłę są [uwaga banał] zupełnie wyjątkowe. Nie ze względu na częstotliwość, ja po prostu doceniam wtedy to co mam dookoła siebie.


Nie potrzeba podroży wgłąb siebie w trakcie wyprawy do Azji, mi wystarczy chwila w dziczy (która o dziwo jest tuż pod domem) aby cieszyć się jak głupek z drobiazgów. Fajnie, że słońce świeci. Że pies kopie dołki na plaży od 3 godzin. Że towarzystwo dopisuje. Że gramy w frisbee. Że nie ma spiny.


To był zeszły weekend, w ten Biebrza! Już nie mogę się odczekać widoku Leny nawołującej naiwnie w lesie "Łosiu chodź, łosiu chodź!".

23.3.14

458.

Niespodzianka!
Ot tak zupełnie bez okazji, pochwalę się moim ostatnim absolutnym faworytem jeśli chodzi o ubraniowe mundurki: dzianiowy dres i plastikowa torba. Godnie zastąpiły zimowy zestaw czyli jeansy i czarny golf:)


10.2.14

457

BLW
Dziś chciałabym napisać o pewnym pomyśle, który jakieś 2 lata temu postanowiłam wprowadzić w swoje życie. Pomysł rewolucyjny, odbiegający od standardowych zaleceń lekarzy i babć. Tym bardziej odważny, że dotyczący dziecka. Chodzi o Baby led weaning. Nie wiesz o co chodzi? Jeśli dziecka jeszcze nie masz, a planujesz - to czytaj koniecznie dalej:)  Jeśli masz to też polecam pozostać - być może BLW pomoże Ci z niejadkiem? A jeśli znasz metodę lub co więcej znasz ją z doświadczenia to zapraszam do komentowania - jestem ciekawa doświadczeń innych rodziców. Ten post to tylko kilka słów wprowadzenia z mojej strony - matki obecnie 2,5 letniej Leny, karmionej piersią przez 16msc, od 7msc życia na BLW, nigdy nie karmionej w standardowy sposób (łyżeczką, papkami, słoiczkami, butelką, kaszkami).

CO TO JEST BLW?
Baby led weaning to w dosłownym tłumaczeniu samoodstawianie się dziecka od mleka (w zależności od sytuacji chodzi zarówno o karmienie piersią lub butelką). W rzeczywistości to taki sposób wprowadzania do diety dziecka pokarmów innych niż mleko aby normalne jedzenie stopniowo zastępowało mleko. Efektem ubocznym metody jest zbudowanie pozytywnych skojarzeń z jedzeniem, rozwijanie smaku dziecka i brak robienia z siebie idioty przy karmieniu dziecka:). A teraz konkret, na czym to wszystko polega? Cała rewolucyjność tej metody to założenie, że dziecka nie karmi się. Nigdy.
"RODZIC jest odpowiedzialny za to, CO, KIEDY i GDZIE dziecko je, a DZIECKO jest odpowiedzialne za to, CZY i ILE  zje"
http://online.synapsis.pl/Problemy-z-jedzeniem-u-dzieci/



Tak jak w przypadku naturalnego karmienia piersią to dziecko sygnalizuje, że jest głodne i to dziecko zjada tyle na ile ma ochotę, tak w momencie gdy pojawia się naturalne zainteresowanie jedzeniem spożywanym przez rodziców kontrolę nad jedzeniem nadal sprawuje dziecko, nie rodzic. Dziwne, co? Początkowo pomysł wydaje się nierealny. Jak malutki niemowlak może jeść sam? Przecież nie ma zębów, nie wie co chce, nie umie, nie może, zadławi się, udusi się, nie połknie, nie naje się i setki innych NIE...
Idea jest taka (w skrócie, wielkim skrócie): małe dziecko, do 1rż wcale nie potrzebuje do życia tej papki z marchewki czy zupki jarzynowej. Początkowo ta marchewka przelatuje w niestrawionej postaci przez układ pokarmowy a organizm ma z niej niewiele pożytku. Kluczowe jest mleko - tym się dziecko najada. Gdy przyjmiemy to do wiadomości to można odpuścić sobie te wszystkie głupie tabelki, które wyliczają ile mg  czy ml powinien zjeść niemowlak w takim i takim przedziel wiekowym (swoją drogą jestem ciekawa dlaczego dorośli nie mają takich głupawych pomysłów w stosunku do siebie i nie kontrolują w ten sposób swojego jedzenia serwując sobie np codziennie taką samą porcję takiej samej kaszki).


Ok, no więc z czystą głową można czekać na moment gdy dziecko: a) usiądzie b) zainteresuje się jedzeniem. Gdy spełnione są oba te warunki można zaczynać BLW. Sadzamy dziecko w foteliku i kładziemy przed nim dobre, zdrowe i smaczne jedzenie w postaci łatwych do złapania w rączkę kawałków. Najlepiej początkowo raz dziennie (z czasem zwiększając liczbę 'posiłków'), zawsze jedząc przy dziecku. I na tym kończy się rola rodzica. Następnie obserwujemy, ale nie zachęcamy, nie namawiamy, nie zmuszamy ...jednym słowem ignorujemy. Pozwalamy na totalną zabawę, syf i co tam jeszcze dziecku przyjdzie do głowy. A zapewniam że prędzej czy później każde dziecko wpadnie na to aby wsadzić kawałek jedzenia do buzi. Może nie za pierwszym posiedzeniem, ale kiedyś z pewnością to się stanie. Później powinno pójść samo...jak wsadzi do buzi - to poczuje, że jedzenie ma smak - jak poczuje smak - to będzie próbowało pogryźć (zapewniam, że da się to zrobić dziąsłami! szczególnie jeśli to np. miękkie warzywo typu ziemniak, marchewka itp) - jak zacznie połykać to poczuje pełny brzuch - a stąd już prosta droga do zakumania, że jedzeniem można się najeść (dziecko tego nie wie!) i stopniowego zmniejszania ilości wypijanego mleka.


JAKIE SĄ WADY?
Najważniejsza i najczęściej podnoszona przy okazji tej metody wada to bezpieczeństwo. Wszyscy się boją, że dziecko się zakrztusi. Ja też miałam obawy. Rozwiązanie jest jedno. Jakkolwiek to strasznie brzmi - trzeba przygotować się psychicznie, że to może się zdarzyć i nauczyć się wcześniej, co w takiej sytuacji należy zrobić. Wbrew pozorom dziecko może zakrztusić się w trakcie karmienia piersią lub gdy je kanapkę mając lat 5. Jak zachować się w przypadku krztuszenia lub dławienia powinien wiedzieć każdy rodzic, niezależnie czy karmi papkami czy stosuje BLW. W trakcie całej mojej 2-letniej historii z BLW Lena zakrztusiła się porządnie tylko raz, na samym początku, arbuzem. Spanikowałam początkowo, próbowałam wyciągać ją z fotelika, ale uratował mnie spokój męża, który zauważył, że Lena radzi sobie sama o ile jej nie przeszkadzam:) Po dramatycznym początku Lena odkrztusiła to co miała w ustach, wypluła na talerz po czym w tej samej sekundzie sięgnęła niewzruszona po kolejny kawałek. Już nigdy więcej nie napychała sobie do ust zbyt dużo jedzenia i bardzo szybko zrozumiała czym to grozi.
Wada kolejna to brak kontroli nad ilością pochlanianego jedzenia - w przypadku dzieci szczupłych rodzi to czasami zwątpienie lub frustrację. Trzeba wykazać się cierpliwością i zaufaniem do dziecka. Trudno jest bowiem olać pediatrę, który zalecał faszerowanie kaszkami i zupkami bo dziecko wypadło z siatki centylowej. Ja się odważyłam, Lenie zaufałam i okazało się, że po jakimś czasie wróciła na siatkę centylową sama - jedząc całkowicie samodzielnie to, co dostawała na talerz.


Kolejną wadą jest oddanie władzy dotąd przynależnej rodzicom w ręce malutkiego dziecka...BLW to szkoła ogromnej cierpliwości i trening pokory bo nie rzadko przyrządzone przeze mnie w trudzie pulpety lądowały wzgardzone na ziemi i trzeba było dużo samozaparcia aby nie wcisnąć Lenie do ust ani jednego kawałka. Trudno jest przejść do porządku dziennego nad tym, że dziecko np. od tygodnia żywi się właściwie wyłącznie mlekiem a jedzeniem tylko się bawi. Ale gdy uda nam się psychicznie zaakceptować, że tu rządzi dziecko to później można cieszyć się tym, że np nagle rzuca się z ogromnym apetytem na sushi albo cebulę. Doceniam małe dziecko jako człowieka, który ma własny gust oraz lepsze i gorsze dni. Ja np nie przepadam za ogórkową i zdażają mi się okresy kiedy nie mam apetytu na nic. Takie samo prawo daję mojemu dziecku.
Ostatnia wada jaka mi przychodzi do głowy to bałagan i marnotrawstwo jedzenia (początkowo) bo dużo rzeczy ląduje na podłodze. Jeśli ma się psa lub wszystkożernego kota to problem znika sam:) W przeciwnym wypadku pozostaje czysta cerata pod krzesełkiem i podnoszenie jedzenia z powrotem. BLW to także niezły trening bo 1 posiłek = mycie niemal całego dziecka, fotelika, blatu i ceraty leżącej na ziemi (oczywiście tylko na początku, z czasem dochodzimy do normalnych standardów:D)


JAKIE SĄ ZALETY?
Ok, skoro jest aż tyle wad to o co kaman? Zalet jest jednak więcej! Po pierwsze dziecko szybko uczy się że jedzenie służy do najadania się. Nie do manipulowania, nie do nagradzania czy karania. Prosta sprawa, a niestety często komplikowana przez rodziców na własne życzenie. I biegają później te babcie za dzieckiem z łyżeczką, mamusie obiecują ciasteczko "jak będziesz grzeczna", tatusiowie proszą przy obiedzie aby dziecko przełknęło trzymany od 15min w buzi kęs jedzenia.
Po drugie dziecko je samo - rodzice w tym czasie spokojnie jedzą swoje porcje. Początkowo je samo rękoma, ale szybko uczy się także obsługi widelca czy łyżki. Po jakimś czasie akceptuje korzystanie z talerza, zaczyna pić z kubka. I lepiej lub gorzej, szybciej lub wolniej ale robi to...samo:) Trzeba tylko zacisnąć zęby i pozwolić nauczyć się bo inaczej się nie da. A wtedy można bez problemu chadzać do restauracji i zamawiać tam normalne jedzenie dla dziecka (poniżej jedno z pierwszych dań w knajpie - surowa marchewka zamówiona specjalnie dla Leny w knajpie z sushi gdy miała około 8miesięcy)


Po trzecie ponieważ staramy się jeść to samo co dziecko (bo naśladownictwo to jeden z ważniejszych motorów BLW) to zaczynamy wszyscy jeść zdrowiej bo przecież nie położymy na talerzu przed dzieckiem chipsów czy płatków kukurydzianych z toną cukrowych dodatków.
Po czwarte pozwalamy dziecku wyrobić swój własny gust: dajemy mu możliwość spróbowania większości rzeczy i dajemy prawo odmowy jedzenia. W ten sposób dziecko jest bardziej otwarte na różne smaki i dziwi nas później to że ludzie się dziwią, że nasze dziecko wyjada w hurtowych ilościach oliwki, suszone pomidory czy szpinak(przykład - moje dziecko, poniżej po prawej foto jak zlizuje makaron ze szpinakiem i lazurem).


Po piąte - nie wspomagamy finansowo firm produkujących gotowe papki dla niemowląt bo i po co skoro dziecko na prawdę może jeść od początku normalne jedzenie. Grunt tylko aby zadbać o to aby te jedzenie było dobre: smaczne, nieprzetworzone, zdrowe i różnorodne.
Po szóste - uczymy kultury jedzenia, wspólnych posiłków, radosnego biesiadowania, czerpania radości z tej sytuacji gdy spotykamy się wszyscy przy stole. Dziecku karmionemu na siłę papką przed telewizorem trudniej będzie to zrozumieć.
Mogłabym tak jeszcze długo, mogłabym napisać o tym jak przerażenie babć zamienia się w dumę gdy wszyscy z niedowierzaniem patrzą na roczne dziecko jedzące samodzielnie widelcem duszoną golonkę, jak Panie w żłobku nie mogą się nadziwić że te dziecko samo je ("Proszę Pani, ona dzisiaj sama zjadła zupę!" "No i ??":D), ale nie będę więcej pisać... Bo z neofickiego zaangażowania trochę już wyrosłam:) Im jestem starszą matką tym bardziej dostrzegam, że dzieci są różne. Rodzice też. I wiadomo, że nikomu nie powtórzy się taka konfiguracja jak u mnie (czyli charakteru mojego i Leny). Pewnie znacie przykłady dzieci papkowych, które z apetytem i różnorodnością jedzenia nie mają problemów. No i dobrze. Ja jednak zachęcam do tego aby nie dać się robić w konia:) i nie obsługiwać dziecka bo ono samo może to równie dobrze zrobić. Wystarczy cierpliwość i zaufanie a dość szybko można cieszyć się efektami:)
Wszystkim zainteresowanym BLW polecam następujące źródła wiedzy:

Rapley Gill i Murkett Tracey: Bobas lubi wybór. Warszawa: mamania, 2010.
forum: http://forum.gazeta.pl/forum/f,97130,Baby_Led_Weaning.html
polska strona o BLW http://babyledweaning.pl/
świetny tekst o żywieniu dzieci: http://online.synapsis.pl/Problemy-z-jedzeniem-u-dzieci/

 

1.2.14

456.

Rozwiązanie konkursu ceratowego!
Pomysłów była masa, poniżej przytocę te, które spodobały mi się najbardziej:
- Mój pomysł, to uszycie obrusu na stół, który imitowałby domek dla dziecka - z drzwiami i oknami. Jest to o tyle praktyczne, że osobny, kupny domek dla dziecka nie zajmuje miejsca, można go szybko zwinąć i ma się dziecko na oku. Środek można wymościć kocami i poduszkami. W załączeniu - wizualizacja mojego pomysłu.

- Cerata czarna w kropki + cerata w żółte paski: tutaj widzę je w wersji piknikowej/ogrodowej,stół akurat w moim przypadku podłużny owalny plastikowy na 6 osób przykryty czarną w kropki ceratą a na środku wzdłuż pasek ok 50cm szerokości od taki detal ozdobny, do tego oczywiście dodatki w kolorze żółtym (ceramiczne misy i talerze). Stół od razu nabiera elegancji w ogrodzie i nie krzyczy już swoim białym plastikowym wyglądem, po całej imprezie cerata zostaje a na drugi np. letni dzień ponownie grilowanie :) Efekt można przestawić kolorystycznie żółta baza a czarny pas w kropki po środku. 
- cerata czarna kredowa: piknik/party/urodziny dla dziecka. Stół porywamy czarną ceratą + ustawiamy zastawę na przyjęcie a dodatkowo na każde dziecko otrzymuje kolorową kredę, którą podczas przyjęcia może rysować, po konsumpcji już pozostaje jeszcze więcej miejsca do zabawy. Ceratę można w ciepły, suchy dzień przenieść na trawę i pograć w klasy, zrobić tor ulice do jazdy dla samochodów - aj pomysły w trakcie pisania same się pojawiają :) 
-cerata czarna kredowa: wąski przedpokój w którym nie da się powiesić żadnej półeczki ale obrazek już tak. Tutaj ceratę widzę w wersji wiszącej, na rogach robimy dziurki instalujemy metalowe nity z dziurkami a w ścianie haki na których matę możemy zawiesić na ścianie. Powierzchnia wykorzystana i nie trzeba kupować stojącej tablicy albo malować ściany farbą jak to jest teraz w modzie. Ceratę w każdej chwili można zdjąć i położyć na podłodze do zabawy jak już to jest zaprezentowane w sklepie i na Twoim blogu. Po zdjęciu maty ze ściany na samotnych hakach można zawiesić obrazek lub ew jakieś ozdoby :)
 - mieszkamy w wynajetym mieszkaniu, a Capitano, lat 3, ma wene na naklejanie na sciany swoich "obrazow", a wlasciciele nie zycza sobie zadnych zmian w mieszkaniu, a sledzic Capitano po kazdym naklejeniu bylo trudno. No wiec przymocowalismy do bialych drzwi przesuwnych metrowy (wzrostu Capitano) kawalek ceraty. Embargo na naklejanie obrazów zniesione! 
- etui na okulary 
- niepowtarzalne śliniaki, wycinając z kolorowej ceraty dowolne kształty, z tyłu doszywając tasiemkę lub rzep do zapinania 
- miękkie klocki sześcienne zszywając boki 6 kwadratów wyciętych z ceraty o różnych wzorach i kolorach, do środka wkładając ,,kostkę" z gąbki (z niepotrzebnego już materaca, grunt to recykling;). Żeby było więcej frajdy, tych klocków można wyprodukować naprawdę dużo, a koszt będzie znikomy, no i łatwo byłoby myć takie klocki:) 
- kapelusz przeciwdeszczowy nie tylko dla dziecka, ale też dla siebie. Nikt nie będzie miał podobnego:) albo pelerynkę czy poncho przeciwdeszczowe 
- pokrowiec na siodełko do roweru (nie ma nic gorszego niż usiąść na mokrym siodełku, bo jakoś się zapomniało, że padał deszcz...) 
- cerata do pisania kredą może służyć jako wielofunkcyjna zabawka edukacyjna. Na przykład, gdy brakuje szachownicy, chcemy narysować mapę albo wielkie pole do Chińczyka. Można też uczynić z niej scenę teatru rodem z filmu „Dogville”. Można wykorzystać ją kreatywnie również wtedy, gdy zgodnie z przeznaczeniem leży na stole. Również edukacyjnie:) Możemy rozrysować kredą ułożenie sztućców i talerzy w ramach nauki nakrywania do stołu (sama wciąż nie opanowałam tej sztuki, przydałaby mi się taka pomoc naukowa:)). 
- Zwykłą ceratę wykorzystałabym kreatywnie dopiero „po śmierci” (szkoda za życia). Coby nie wyrzucać zużytej, można uszyć z niej wodo- i tłuszczoodporny fartuszek. Prawie jak hi tech w kuchni!


A teraz pora na nagrody:) Do losowania weszły: Granda, Krófkaem,  Justyna P., Vinci, Adrian T.
Nagrodę główną czyli voucher na 150zł do wykorzystania w sklepie Oleado.pl + darmowa dostawa wylosowała.........Justyna P i jej pomysł na Capitano. Gratuję!!
Nagrodę pocieszenia kupon rabatowy na kwotę 67zł do realizacji przy składaniu zamówienia w sklepie Oleado.pl wylosowała.....Granda i jej fantastyczna wizualizacja ceratowego domku:) Również gratuluję!
Nagrody wyślę mailem:) Dziękuję wszystkim za udział, a sklepowi Oleado za nagrody:)

25.1.14

455.

wpis sponsorowany
Cerata to synonim wiochy. PR ma słaby, design nie lepszy. Generalnie temat trudny! Dlatego gdy dowiedziałam się, że moi znajomi postanowili zająć się sprzedażą ceraty pomyślałam.....hmmmm, cerata, really? No ale nie wzięłam pod uwagę tego, że cerata jaką pamiętam z czasów wakacji u babci na wsi nie jest już taką samą ceratą. Po przejrzeniu co jest na rynku postanowiłam dać ceracie szansę. Z asortymentu sklepu Oleado wybrałam sobie dwie rzeczy: tradycyjną ceratę na stół (choć w mało tradycyjnej estetyce: zielone paski) oraz tzw. tkaninę tablicową Chack Cloth czyli po ludzku ceratę po której można pisać kredą.

Mimo, że znam osobiście właścicieli tego sklepu to postaram się być obiektywna.  Zacznę ceraty do pisania kredą. Pierwsze wrażenie: bardzo pozytywne, właściciele pakują akurat ten rodzaj ceraty do długiej tuby z uwagi na to, że złożenie tej ceraty może zostawić trwały ślad. Jestem miło zaskoczona taką dbałością o szczegóły. Dodatkowo miłym gestem jest dorzucenie do zamówienia kredy, niby drobiazg ale miły (no chyba, że dostałam po znajomości, ale myślę, że nie:)
Wady: 
- hmmm, dziecko nadpobudliwe może się na takiej ceracie wytarzać i roznieść pył po całym mieszkaniu (no ale...są dzieci szczęśliwe i czyste:p)
- no może trochę cena, ale w sumie to rzecz subiektywna
i to chyba wszystko co przychodzi mi do głowy jeśli chodzi o wady.
Zalety: 
- zajmuje mało miejsca po złożeniu (idealne w małym mieszkaniu)
- zajmuje dziecko na długo, zastępuje chodnik gdy na dworze zimno, plucha, śnieg
- można po niej skakać w przeciwieństwie do ściany pomalowanej farbą tablicową albo tablicy do pisania (gra w klasy dla 2latka - rewelacja!)
- nieskończone pole do popisu wyobraźni i kreatywności, mam już kilka pomysłów jak można się bawić przy użyciu tej ceraty (np. rysując różne ścieżki do przejścia, albo pola z różnymi symbolami/ literkami/ cyframi na które trzeba skakać)


Cerata klasyczna na stół jest jaka jest - każdy wie na czym polega cerata:)
Wady:
- połysk, spodziewałam się że będzie bardziej matowa
Zalety:
- trwała i solidna
- baaardzo ułatwia utrzymanie czystości przy dziecku
- masa wspaniałych wzorów dzięki, którym cerata przestaje być tylko funkcjonalna a staje się także ozobobą
- paradoksalnie zaletą jest także jej połysk bo dzięki niemu łatwo się ściera


A teraz wisienka na torcie. Jeżeli komuś spodobała się jakaś cerata ze sklepu Oleado i chciałby przygarnąć jedną czy dwie to jest szansa! Jest konkurs:)


Warunki uczestnictwa: nie trzeba polubić strony Oleado na facebooku, ba! nie trzeba nawet polubić strony mojego funpage'a na fb:). Nawet nie musicie zostawiać tu komentarza ani udostępniać informacji o tym konkursie:DD
Jedyne co trzeba zrobić to zaproponować:

JAK MOŻNA KREATYWNIE WYKORZYSTAĆ CERATĘ?

 (może być klasyczna, może być ta do pisania kredą). Propozycje proszę przesyłać na mojego maila rozneladnerzeczy@op.pl do najbliższego piątku (31.01) do godz. 18.00. Z nadesłanych propozycji wybiorę te, które podobają mi się najbardziej i wśród nich wylosuję do soboty nagrodę główną:
voucher na 150zł do wykorzystania w sklepie Oleado.pl + darmowa dostawa
oraz nagrodę pocieszenia czyli:
kupon rabatowy na kwotę 67zł do realizacji przy składaniu zamówienia w sklepie Oleado.pl
 Czekam na wasze zgłoszenia i ciekawa jestem pomysłów:D

7.1.14

454.

Bieszczady to miejsce kultowe, które odwiedziłam do tej pory tylko dwa razy, a które mam cholerną ochotę poznać lepiej. Gdyby nie fakt, że z Warszawy jest tam bardzo daleko, to pewnie bywałabym tam przynajmniej raz w miesiącu. Po tym jak posypały się moje ambitne plany na Sylwestra postanowiłam, że przynajmniej początek roku będzie wyjątkowy:) Zakupiłam przepiękny kalendarz, Pan Kalendarz i zanotowałam na jego pierwszych stronach właśnie wypad w Bieszczady. Totalnie spontaniczny, tuż po Nowym Roku. Ambitnie podchodząc do sprawy postanowiliśmy pojechać całą rodziną, czyli zarówno z Leną jak i psem. Ambitnie.

Na pierwszy rzut postawiliśmy sobie największe (jak dla nas) wyzwanie czyli Połoninę Caryńską. Oczywiście ja, jak to ja, nie sprawdziłam dokładnie i na miejscu okazało się że psy mają zakaz wstępu do całego Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Zaryzykowaliśmy i psa jednak zabraliśmy bo nie było możliwości aby ją gdziekolwiek zostawić na cały dzień. Na miejscu okazało się, że zakaz zimą jest wirtualny i nikt go nie egzekwuje ale ja jednak byłam w lekkim stresie, że zaraz ktoś nas złapie albo że pies przyciągnie wilki (naczytałam się dziwnych opowieści z neta) i na następne wyprawy do BPN psa zabierać już nie będę.


Nasza druga przeszkadzajka to Lena, która oczywiście podejścia na Połoninę Caryńską nie dała by rady pokonać sama więc 90% trasy pokonała na moich plecach w nosidle Tula. Byliśmy na to przygotowani i mimo, że było ciężko to dzielnie ją dźwigałam. Nie przewidzieliśmy tylko jednego - ciepłego obuwia dla Leny:( Na szczycie warunki były diametralnie inne od tych na dole: mgła, wiatr, śnieg, mróz. To wszystko + brak ciepłych butów spowodował, że ta wpadła w histerię i mimo usilnych prób nie udało nam jej się uspokoić. Ponieważ widoczność i tak była niemal zerowa, a my przez nasze żółwie tempo z Leną, psem i naszą kondycją daleko poza założonym planem, to postanowiliśmy zawrócić obawiając się aby nie zastał nas wieczór w górach.


Żałuję bardzo, że nie udało nam się przejść całej trasy ani zobaczyć czegokolwiek ze szczytu ale już schodząc obiecałam sobie, że powrócę tam na wiosnę - bez psa i lepiej przygotowana!
Nasze kolejne trasy były bardziej lajtowe i już nie tak pełne dramatyczne zwrotów akcji, co nie zmienia faktu, że równie fajne. Poszukiwaliśmy zaginionych wsi i oglądaliśmy rozgwieżdżone niebo nocą (coś niesamowitego!). Wieczory to kominek, grzaniec i scrabble.  Nic nadzwyczajnego, a jednak przyjemne.


Mimo, że wyjazd z psem i 2-letnim dzieckiem w góry w styczniu jest jednak dość męczący to ja baterie naładowałam i dziś zasiadłam do pracy pełna zapału i chęci:) A w Bieszczady wrócę jeszcze z pewnością dlatego jestem otwarta na wszelkie podpowiedzi i sugestie co do tras i miejsc, które warto zobaczyć.Z góry dziękuję!

UWAGA

Wszystkie zdjecia zamieszczone na tej stronie chronione są prawem autorskim. Przetwarzanie i publikacja w jakiejkolwiek formie bez zgody autorki jest zabronione.
Chcesz ich użyć? Zapytaj: rozneladnerzeczy@op.pl

Follow by Email